wtorek, 26 marca 2013

Facet Werter

    
      Na wstępie uprzedzam, nie jestem feministką, uwielbiam facetów i uważam, że są potrzebni, nawet faceci Werterzy, bo gdyby nie oni, to o kim bym teraz pisała?
Werter to główny bohater dzieła Goethego Cierpienia młodego Wertera. Już sam tytuł mówi nam, co powinniśmy wiedzieć o bohaterze. Werter niesamowicie cierpiał ze względu na swoją nieodwzajemnioną miłość do pięknej Lotty. Ja cierpiałam razem z nim, kiedy przyszło mi czytać tę książkę jako obowiązkową lekturę. Werter był tak zrozpaczony,nieszczęśliwy, że nawet nie potrafił porządnie się zabić, przez co zafundował nam czytelnikom 12 godzin dodatkowej agonii, co przełożyło się na kolejne dodatkowe kartki w książce i moje dodatkowo spotęgowane cierpienie. To bardzo skrótowo przedstawiona postać Wertera. Typowy romantyk i nie mam tu na myśli mężczyzny czekającego na ukochaną z kolacją przy świecach, a typowego bohatera doby romantyzmu. W swoim życiu zdążyłam zaobserwować, że wielu facetów, szczególnie w moim otoczeniu nosi w sobie znamiona Wertera. I już spieszę wyjaśnić, że nie chodzi tu o faceta, który dla mnie jest w stanie sobie strzelić kulkę w łeb, a raczej o osobę, która jest tak bezsilna i wrażliwa jak nasz nieszczęsny bohater.

      Wyobraźcie sobie sytuację: jesteście na imprezie lub na zwykłym, kameralnym spotkaniu u znajomych. Nagle zjawia się ON- przystojny, dobrze ubrany, ukazujący swój nieskazitelny uśmiech niczym z reklamy blend-a-med. I co? Do kogo podchodzi?! Tak, tak- bingo! Do was! Zagaduje, prawi komplementy, chwali waszą sukienkę ( tu już zapala się lampka ostrzegawcza- pochwalił sukienkę, w której moje cycki nie są na wierzchu, a ich rozmiar nie przypomina niczym miseczki C- czy aby na pewno wszystko z nim w porządku? Jednak myśl ta ulatnia się tak szybko, jak nadeszła, w momencie, gdy facet zaczyna dotykać naszych włosów. Za chwilę drżysz z niepokoju, by tylko nie zapytał jakiego szamponu używasz, bo wtedy już wiesz, że możesz go raczej przedstawić przyjacielowi, a nie mamie. Uff, nic takiego się nie stało. Jednak za chwilę wydarzy się coś gorszego niż fakt, że poznałaś kolegę Michała Piróga. Jeden dodatkowy drink i chłopak zaczyna się zwierzać ze swoich problemów. Początkowo zaczyna Ci to schlebiać, nawet sobie myślisz: "hmmm, chyba faktycznie mnie polubił skoro tak się przede mną otworzył". Od problemów z dzieciństwa, przez konflikt z ojcem, szefem, ogólne niezrozumienie ze strony społeczeństwa, dochodzicie do kulminacyjnego momentu, facet bowiem rzecze: "Czemu mnie rzuciła?!" i zaczyna się.. Półtorej godziny słuchania o jego związku, ex, oczywiście po drodze raz jeszcze zahaczycie o historię o ojcu, szefie, dzieciństwie, bo przecież wszystko jest ze sobą powiązane! Po pół godziny masz ochotę zacząć krzyczeć z bezsilności, po godzinie rozglądasz się za jakimś wyjściem ewakuacyjnym, za kolejne pół masz ochotę wyskoczyć przez okno, byle jak najdalej od tego faceta, aż nadchodzi moment, kiedy najchętniej wypchnęłabyś jego i dobrowolnie oddała się w ręce policji, byle zamknęli cię w izolatce i nie kazali więcej z nim rozmawiać. Na zakończenie mężczyzna dziękuję Ci za miło spędzony wieczór, za wysłuchanie, pomoc (?) i prosi o Twój numer telefonu z nadzieją na kolejne spotkanie. Choć jesteś wyczerpana psychicznie, jednak na tyle przytomna, że prosisz o jego numer, tłumacząc się zepsutą komórką. Obiecujesz, że oddzwonisz, choć wiesz, że żadne tortury nie zmuszą cię do kontaktu z tą osobą. Wychodzisz z imprezy zdezorientowana, zmęczona i szczęśliwa z faktu, że nie wybrałaś zawodu psychologa.
       
       Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Werterem, potem nastąpiła jakaś niewytłumaczalna fala kolejnych. Zastanawiałam się: może to jakiś sposób na podryw? Wzbudzanie litości to zwykła strategia, by zaciągnąć kobietę do łóżka? Ale oni nawet nie podchodzą pod drzwi sypialni, chcą tylko GADAĆ, gadać o sobie i swoim CIERPIENIU! Naprawdę sporo we mnie empatii, ale wszystko musi być serwowane z umiarem. Jestem osobą, która często wysłuchuje problemów przyjaciół, znajomych, bawiąc się w swego rodzaju terapeutę. Ale od nowo poznanego faceta nie oczekuje zwierzeń typu: "było nam tak dobrze razem z X, nie rozumiem, czemu nam nie wyszło, seks był taki wspaniały..." Ej ona chociaż mogła to sprawdzić, mnie się tylko wypłakujesz w rękaw!
Wiem, że nie tylko ja trafiam na Werterów. Mistrzynią jest w tym E., która mogłaby napisać osobną książkę.
        
        Jest też inny typ Werterów- Ci dla odmiany są zakochani w nas. Myślicie fajna sprawa, zawsze to lepsze niż słuchanie o podbojach seksualnych innych. Też tak na początku myślałyśmy. Ale Werter ma to do siebie, że nawet jeśli dasz mu subtelnie do zrozumienia, że nic z tego, jego umysł tego nie przyswaja. Nadchodzi moment, że jesteś mniej subtelna, ale wciąż to nie przynosi rezultatu. Facet nie zniechęca się i dalej wykonuje swoją syzyfową pracę, co jakiś czas informując Cię, że jego życie wciąż nie ma sensu i jest jedną wielką udręką. Czy tylko my działamy jak magnes na tego typów facetów? czy wysyłamy jakieś specjalne fluidy? Czy naprawdę tak ciężko w dzisiejszych czasach  trafić na prawdziwego samca?! Dobrze zmniejszę nawet wymagania, po prostu niech znajdzie się facet, który jest pewny siebie i nie zadręcza innych swoimi problemami. Każdy jakieś ma, a mężczyzna, który płacze nad rozlaną kawą to doprawdy komiczny widok. Może trochę teraz koloryzuję, ale czy my kobiety oczekujemy tak wiele od świata? Boże, ześlij jakiegoś niecierpiętnika ( chociaż nie, nie JAKIEGOŚ, z własnego doświadczenia wiem, że Bóg wtedy rozumie moje słowa dosłownie, albo wykazuje się niebywałym poczuciem humoru i naprawdę zsyła JAKIEGOŚ= BYLE JAKIEGO. PO prostu zmęczona ciągłymi żalami, umartwieniami, licznymi wielokropkami ( oj tak, tak facet Werter nie postawi zwykłej kropki, on zawsze stawia ten pieprzony WIELOKROPEK!)i słuchaniem o tym jaki świat jest beee, a ja cacy wierzę ( a wiara podobno czyni cuda), że gdzieś na świecie istnieje wypośrodkowany mężczyzna. Nie książę z bajki, rycerz na białym koniu, ani żaden bohater literacki, a już na pewno nie Werter, ot taki zwykły facet, który owszem niech czasami sobie popłacze, ale do cholery niech nie zużywa większej ilości chusteczek niż ja. Wszystko z umiarem, także wrażliwość.
A jakie jest Wasze zdanie na temat facetów Werterów? Spotkałyście już takiego na swojej drodze?

Nieprawdopodobne, a jednak

Tak, tak, TAK... Chciałoby się rzecz W KOŃCU! Po wielu próbach, trudach, hektolitrach wylanej krwi, udało się. ZWYCIĘSTWO! Mamy bloga! Własnego bloga! Tadaaam, oto on! Aż trudno nam uwierzyć, że mamy nie tylko bloga, ale mamy nawet pierwszą notkę! MY dla których nawet najmniejsze przedsięwzięcie to jak walka Dawida z Goliatem ( przy czym uprzedzam Dawidem jesteśmy MY, Goliatem nasze LENISTWO). Oj tak, tak ciężko u nas z mobilzacją. Nasze nieróbstwo to poważna wada, może nie jedyna, aczkolwiek dość widoczna. Nie to, że blog traktujemy jako jakiś przymus, broń Cię Panie Boże ( chociaż Boga do naszych wpisów raczej mieszać nie powinnyśmy). To czysta przyjemność, rozrywka i możliwość dzielenia się swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, zainteresowaniami. Skąd w nas ta pewność siebie i egoizm, że ktoś w ogóle zechce czytać tą naszą grafomanię? Szczerze, same nie wiemy. Może nie jesteśmy zbyt skromne (nie będziemy Was oszukiwać na samym wstępie, W OGÓLE nie jesteśmy), mamy wygórowane mniemanie o sobie ( ba pewnie, że mamy!), chociaż nadal nie rozumiemy dlaczego. Jak już wspomniałyśmy nie zamierzamy Was oszukiwać, czysta szczerość ( małe, kobiece kłamstewka się nie liczą), więc z góry uprzedzamy, że jeśli szukacie najsmaczniejszych przepisów niczym z programu Magdy G. pod hasłem "smacznie jak u mamy", zdjęć z egzotycznych podróży a'la Martyna W. na krańcu świata, relacji z imprez roku, miesiąca, tygodnia, Dnia Papryki, gdzie Ona tańczy dla mnie z pewnością usłyszycie, nie raz, nie dwa, nie trzy.. (można tak bez końca), naszych torebek od Prady, butów od Louboutina i innych jakże znaczących wydarzeń, w tej chwili możecie już skierować kursor myszy w prawy górny róg i zamknąć tę stronę( mamy jednak nadzieję, że jak Mama jednej z nas nadal macie problem z zamykaniem i otwieraniem okienek w przeglądarce internetowej i to skłoni Was do pozostania na naszym blogu). Zatem jeśli nie o podróżach, nie o imprezach, sukcesach kulinarnych, sławnych znajomych, naszych "outfitach" to o czym będziemy pisały? Szczerze ( bo miała być tylko prawda) same do końca nie wiemy. To dziwne zakładać bloga i nawet nie potrafić do końca sprecyzować jego tematyki. Ludzie zwykli mawiać, że jak coś jest o wszystkim, jak ktoś się zna na wszystkim to tak naprawdę gówno wie.  Zatem, my dwie, najlepsze bbf - bff- best friend forever- tak zdajemy sobie sprawę, że nasz skrót jest nieco przekręcony, ale na swoje usprawiedliwienie mamy naszą słabą znajomość języka angielskiego w podstawówce ( ech to polskie szkolnictwo!) i fakt, że lektor zagłuszał wypowiedzi bohaterek amerykańskich serialików dla młodzieży ( tak przyznajemy, kiedyś takowe oglądałyśmy.. okej, miało być szczerze, niektóre nadal lubimy i oglądamy). Pomijając już zawirowania ze skrótem, jak zwał tak zwał, MY BBF udowodnimy, że pisemny śmietnik, jakim z pewnością stanie się nasz blog nie jest taki zły i może coś sobą reprezentować. Skąd pomysł na nazwę bloga? Otóż kiedy żyjąc przez kilka lat w błędzie i wciąż nazywając się bbf, odkryłyśmy naszą pomyłkę, postanowiłyśmy: NIE! Nigdy więcej! I tak oto E. wylądowała na dodatkowych lekcjach z języka angielskiego ( może nie do końca taki był powód, ale załóżmy, ze to jeden z kilku). Na tych właśnie lekcjach obejrzała owy filmik, który dołączyłyśmy do notki. Od tej pory stała się miłośnikiem występu, samego komika i angielski jakby wydał się przyjemniejszy... Czy wszystkie kobiety są mentalnymi terrorystkami? Pewnie nie, choć 99% z nas zasługuje w pełni na kryptonim brain ninjas. Niby faceci już coś zaczynają łapać, już jakaś żaróweczka zaczyna zapalać się w ich główkach, jakby zacytować klasyka: "Już był w ogródku, już witał się z gąską..." Ale nie oszukujmy się to MY KOBIETY  jesteśmy najlepszymi strategami, szczególnie jeśli chodzi o związki, więc Panowie wybaczcie, ale nie macie z nami szans. Teraz już oficjalnie możemy napisać: WITAJCIE! Idziemy świętować naszą nową aktywność, a Was zapraszamy do odwiedzania czasami tego bloga.

PS. Przez długi czas nie mogłam skojarzyć skąd wzięłam tytuł na pierwszą notkę. Myślałam, że to slogan z jakiejś reklamy. Wujek Google szybko ukazał mi mój błąd. To tytuł nowego(?) polsatowskiego programu na wzór popularnego Dlaczego Ja? i Trudnych spraw. Fail! I niech ktoś powie, że telewizja nie odmóżdża -_-

dane cook- brain ninjas